wtorek, 10 czerwca 2014

Dwudziesty piąty


Oliwia:



Promienie słońca świeciły mi na twarz,więc się obudziłam.

Jak co dzień Mario nie było!

Zaczynam się martwić,co się z nim dzieje?!

Zeszłam na dół zrobić śniadanie,ale kogo tam zastałam?

MOJEGO NARZECZONEGO!

Szlak mnie trafia!

-Panie Goetze na spowiedzi był?

-Nie?A co misiu?-spytał,jak zawsze mówił do nie misiu,kocie...

-Boję się o Ciebie!Cały czas jak się budzę nie widzę Cię.

-Śniadanie samo się nie zrobi!

-Mam rączki i nóżki,kaleką nie jestem!

-A ja o Ciebie dbam i co zabronisz mi?!

No i znowu wyskoczył z tekstem,nie mogę mu się odgryźć.

-Będziesz coś chciał!

-A zobaczysz!

Resztę dnia się nie odzywaliśmy do siebie.

Czyżby ciche dni będą?



Mario:



No i co ciche dni będą?

Ja chcę o nią dbać,troszczyć się a ona co?!

-Oli...-zacząłem

-Co chcesz?

-Bo wiesz ja się za Tobą stęskniłem i..

-Hmmm...

-No bo ten no może jakiś film?

-Niech będzie.

Zaczęliśmy oglądać komedię romantyczną.

Oczywiście popcorn się skończył...nie ma komu iść!

-Oli,popcorn się skończył.

-To idź!

-No proszę...

-Nie,zamknij się i mnie pocałuj no!-zrobiłem to co kazała

No i co chwilę był bardziej zachłanny.

-Brakowało ci co?

-Niee...

-Jak nie?Sama kazałaś!

-No dobra...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz